W gąszczu zdrowego trybu życia

Ostatnio zewsząd jesteśmy bombardowani informacjami o zdrowym trybie życia, artykułami o szkodliwości glutenu, kampaniami promującymi regularne bieganie i coraz większą ilością produktów bio, organicznych lub dla alergików. W tym natłoku można poczuć się zdezorientowanym nie wiedząc, co właściwie jest dla nas zdrowe i właściwe.

Moje zainteresowanie zdrowym trybem życie przyszło, jak to zazwyczaj bywa, gdy coś zaczęło szwankować. Dotychczas wydawało mi się, ze odżywiam się właściwie, nadmiar słodyczy, skoro nie tyję, jest tylko małym grzeszkiem, późne chodzenie spać jest czymś zupełnie normalnym w dzisiejszych czasach a problemy z koncentracja i pamięcią są objawami zmęczenia. Zmęczenia, które mimo urlopu nie przechodziło.

Później zaczęły się większe problemy, o których jednak nie będę pisać. Historia minionych miesięcy (!!!) skłoniła mnie do zastanowienia się nad moją dietą, trybem życia i nastawieniem. Zaczęłam po omacku, nie mając pojęcia czym może być spowodowane moje wtedy już bardzo złe samopoczucie. Na szczęście dość szybko natrafiłam na fachowe źródła traktujące o tematyce zdrowotnej. Zaczęłam zmieniać swoje nawyki, mimo iż znalezione przeze mnie informacje podważały moja dotychczasowa wyniesiona ze szkoły wiedzę – m.in. piramidę zdrowego żywienia. Okazało się, że nowa dieta, a raczej nowy sposób żywienia, nie jest czymś tak restrykcyjnym jak mi się wydawało – po ponownym odkryciu starych przepisów stała się bardziej powrotem do źródeł. W moim przypadku w pełnym odzyskaniu zdrowia pomaga również indywidualnie dobrana suplementacja.

OLYMPUS DIGITAL CAMERASłodkie muffinki bez grama mąki i cukru (tudzież słodzików)

Wracając do tematu przewodniego – tzw. zdrowego trybu życia. Środowisko, w którym żyjemy, jest coraz bardziej zanieczyszczone, żywność coraz bardziej przetworzona, kosmetyki zawierają bardzo agresywne składniki, przebywamy wiele godzin w klimatyzowanych pomieszczeniach pracując przy sztucznym oświetleniu. Idąc dalej – mamy coraz mniej ruchu, większość dnia spędzamy w jednej pozycji, jesteśmy narażeni na permanentny stres. Ubrania które nosimy są zazwyczaj ze sztucznych, nieprzyjaznych skórze materiałów a nasze ocieplone styropianem domy zamieniają się w termosy.

Nigdy wcześniej człowiek nie był narażony na tyle szkodliwych czynników i nigdy nie był aż tak pozbawiony instynktu samozachowawczego. Wiemy, że coś jest dla nas szkodliwe, lecz tłumaczymy sobie, ze ‘to tylko troszeczkę’, bądź że właściwie wszystko jest niezdrowe lub beztrosko stwierdzamy, że ‘na coś trzeba umrzeć’.

Daleka jestem od ekstremalnych zachowań typu pełen powrót do życia w naturze, bowiem doceniam osiągnięcia naszej cywilizacji oraz udogodnienia jakie dzięki nim mamy. Zrozumiałam jednak, że nie możemy bezkrytycznie podchodzić do serwowanego nam na każdym kroku nadmiaru. Wielkie koncerny nastawione są na zyski i każdy produkt sprzedadzą nam jako fit, light, prozdrowotny lub nowoczesny i innowacyjny. To od nas zależy, czy będziemy świadomi naszych potrzeb i wyborów, czy też będziemy się zadowalać powszechnie dostępnymi gotowcami, niekoniecznie dla nas dobrymi.

Żadna z nas nie jest wykwalifikowana na tyle, aby udzielać profesjonalnych porad zdrowotnych, jednak łączy nas podobne podejście do stylu życia, chęć zmian oraz ciekawość w odkrywaniu nowych rozwiązań. A poza tym duża (może zbyt duża:) ilość czasu spędzanego w sieci na poszukiwaniach tej właściwej drogi. A blog jest świetnym miejscem na podzielenie się naszymi znaleziskami.

Reklamy

Parę słów o jadłodalnianych kolorach

Wychodząc czasami z chłopakiem do różnego rodzaju wrocławskich jadłodalni, zwykle zaraz po menu studiuję atmosferę miejsca. Początkowo bezwiednie, wtem stopniowo (czekając na realizację zamówienia) zaczynam coraz bardziej świadomie zauważać co jest i rozmyślać o tym, co mogłoby się tam znajdować, by w tym otoczeniu smaczniej i przyjemniej zjeść długo oczekiwany posiłek. W przypadku takich pomieszczeń, generalnie skłaniam się ku zasadzie, że wnętrze nie powinno przytłaczać, a stanowić w miarę możliwości neutralną bazę dla kulinarnych wyczynów (choć tutaj dobre wyczucie kolorów i odważniejszych dodatków potrafi zdziałać spektakularny efekt – o mocnych kolorach jeszcze napiszę). Przy wystroju wnętrz jadalnianych ważną rolę gra również temperatura koloru. Ciepłe barwy wpływają dobrze na apetyt, chłodne mogą w skrajnych przypadkach go nawet odebrać (są prace naukowe dotykające tematu,np.: http://personal.stevens.edu/~rchen/creativity/impact%20of%20color%20on%20marketing.pdf pp.785 „colors and restaurants”, pp.788 „references”). Tak na marginesie, dlatego w architekturze wnętrz tak często łamie się zimne barwy ciepłymi i na odwrót (chociażby popularne połączenie niebieskiego z brązowym) – takie połączenia na zasadzie kontrastu temperaturowego przeciwdziałają monotonii we wnętrzu, a ich oddziaływanie kolorystyczne zostaje zobojętnione (choćby częściowo, w zależności od proporcji łączenia). Tak więc, jeśli jecie za dużo, może nie zaszkodzi – oprócz niezłomnej woli, zbilansowanych posiłków i suplementowania brakujących składników w menu – wypróbować błękitną zastawę? 😉

Zastawa stolowa Marine, Home&You.

Zastawa stolowa Marine, Home&You (http://home-you.com/pl)

Kuchnia Oyster Decorativo

Łamanie kolorów. Kuchnia Veneta Cucine Oyster Decorativo (http://www.venetacucine.com)

Na koniec pozwolę sobie na parę luźnych myśli dotyczących topowego od lat wystroju wrocławskich polskich restauracji, czyli stylu „graciarnianego”. Obowiązkowo meble każde z innej parafii, ściany zamalowane na ciemne, ziemne barwy, wnętrze zdające się mówić „jesteśmy swojscy, fajni, przytulni, ciemny tynk jest dobry, utrzymuje się od 10 lat i brudu nie widać, ludzie przychodzą tu dla niedrogiego jedzenia, dzięki stylistyce nie potrzeba częstych remontów, choć toalety trochę straszą, ale klienci nie zapłacą dużo, więc wyjdą i zapomną”. Niestety, w większości takich miejsc mam wrażenie, że stało się to sztampą, niedrogą i łatwą do utrzymania. Ciemno, staro nie zawsze automatycznie równa się klimatycznie. Wnętrze potrafi przyciągnąć klienta, jak i go odrzucać, ale argument finansowy często nie daje innego wyboru. Chyba, że pojawia się pomysł. Na blogu postaram się od czasu do czasu przybliżyć projekty, które chwyciły za moje serce:)


Źródła :

  1. Satyendra Singh, (2006) „Impact of color on marketing”, Management Decision, Vol. 44 Iss: 6, pp.783-789
  2. http://www.mydiet.pl/naujiena/10-faktow-o-tym-jak-kolory-wplywaja-na-nasz-apetyt [dostęp: 08.12.2014]
  3. Veneta Cucine,http://www.venetacucine.com/ita/cucine/essence/oyster-decorativo.php [dostęp: 09.12.2014]
  4. Zastawa stolowa Marine, Home&You, http://home-you.com/pl/kuchnia-zastawa-stolowa/118991129-zastawa-stolowa-marine.html [dostęp: 09.12.2014]

Mój pierwszy bezglutenowy chlebek

Postanowiłam upiec własny chleb. To podwójny debiut, bo nigdy w życiu nie piekłam żadnego chleba, a jeśli chodzi o ciasta, można powiedzieć, że zaliczyłam już wtórny analfabetyzm w tej dziedzinie. Obserwując od jakiegoś czasu przepisy pojawiające się na facebookowej grupie „Bezglutenki”, wybrałam jeden, który skusił mnie swoją prostotą i obietnicą łatwego uzyskania efektu. W końcu przecież o to chodziło, żeby się szybko nie zrazić poziomem skomplikowania czynności technicznych (namiary do oryginalnego przepisu, na którym się wzorowałam, mogę podać na żądanie). Ostatecznie, tą pierwszą próbą się jednak nie pochwalę:) Zbyt dużo wody sprawiło, że ciasto nawet nie zmieniło konsystencji z płynnej i po godzinie w gorącym piekarniku tylko bulgotało złowieszczo… Dlatego szybko zmodyfikowałam przepis i w drugim podejściu zastosowałam mniej więcej takie ingrediencje i proporcje:

Przepis na bezglutenowy chlebek gryczany

  1. szklanka mąki gryczanej
  2. 1/3 szklanki mąki kukurydzianej
  3. 1/4 szklanki mąki ryżowej
  4. 1/4 szklanki mielonego lnu
  5. szczypta soli
  6. szczypta cukru trzcinowego
  7. paczka drożdży instant
  8. 1/4 szklanki ziaren (słonecznik, pestki z dyni)+opcjonalnie duża łyżka sparzonych rodzynek
  9. 2 szklanki ciepłej wody
przed wymieszaniem

przed wymieszaniem

Najpierw wsypałam suche składniki (prócz ziaren/rodzynek) do dużej głębokiej miski i wymieszałam je ze sobą. Następnie dodałam dwie szklanki ciepłej wody. Aby podczas mieszania nie tworzyły się grudki użyłam blendera. W trakcie miksowania sprawdzałam konsystencję i gdy trzeba było, dosypywałam odrobinę mąki gryczanej i kukurydzianej – dążyłam do uzyskania efektu puszystego ciasta na racuchy lub bardzo gęstej śmietany.  Na tym etapie dodałam również ziarna i rodzynki (w zasadzie można dodać to, co kto lubi w chlebku – następnym razem spróbuję ze śliwkami;) ). Kolejnym krokiem było odstawienie masy w ciepłe miejsce na 20 minut. Ja przykryłam miskę dodatkowo czystą bawełnianą ściereczką (kontynuując tradycje wyniesione z domu rodzinnego, żeby utrzymać cieplejszą temperaturę ciasta). W międzyczasie przygotowałam foremkę (24cm/10cm, ja używam silikonowej, lekko natłuszczonej), do której po czasie przełożyłam/przelałam ciasto. Chlebek piekłam w 200 st.C przez 55 min. Po zakończeniu pieczenia przez chwilę pozostawiłam wypiek w ciepłej atmosferze piekarnika, którego uchyliłam, żeby zmiana temperatury nastąpiła stopniowo, a chlebek zachował kształt i puszystość.

po upieczeniu

po upieczeniu

Sam chlebek wyrósł i wyglądał smakowicie:) Ponieważ piekłam ciasto późnym wieczorem, spróbowałam efektów następnego dnia rano. Wypiek przez noc nieco opadł, stał się podobny w strukturze do chleba żytniego. Dzięki dodatkowi zmielonego siemienia lnianego zyskał spoistość, nie kruszy się i trzyma formę po pokrojeniu na kromki (wręcz następnym razem dodam mniej siemienia, bo w smaku był mocno wyczuwalny). Po tym eksperymencie z pewnością chlebki własnej roboty na stałe zagoszczą u mnie w domu – jako ciekawsza i mniej przetworzona alternatywa dla kupnego pieczywa, w którym (szczególnie w produktach bezglutenowych) bywa i pełno chemicznych dodatków poprawiających jego właściwości. Na zdrowie 🙂