O świątecznym prezencie i Masala Chai


Chłodny, zimowy wieczór najlepiej jest spędzić pod kocem, z dobrą lekturą i kubkiem herbaty. Moim zeszłorocznym odkryciem jest Masala Chai – aromatyczna, pochodząca z Indii herbata serwowana z mlekiem. Słodki zapach i korzenny smak od razu przypadły mi do gustu, dodatek mleka (może być roślinne) nadaje jej aksamitnej, nieco gęstszej konsystencji.
Dotychczas kupowałam gotowe mieszanki Masala Chai, jednak podczas ostatniej wizyty u znajomych odkryłam, że można ją łatwo przygotować samemu, co więcej, może być również świetną propozycją na prezent.
Tak więc, jako świąteczny, możliwy do własnoręcznego wykonania prezent przedstawiam Masala Chai!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA


Składniki:
3 łyżeczki dobrej jakości czarnej herbaty liściastej
5 łyżeczek cukru albo miodu, u mnie Xylitol
łyżeczka imbiru
pół łyżeczki lub pół laski cynamonu
pół łyżeczki gałki muszkatołowej
kilka goździków
pół łyżeczki kardamonu


Istnieje wiele przepisów na Masala Chai, tak więc w zależności od naszych upodobań można zmieniać proporcje składników.


Przygotowanie:
2 szklanki wody
1-2 szklanki mleka (może być roślinne)


Mieszankę wsypać do rondelka i zalać dwoma szklankami wody, zagotować. Po zagotowaniu zmniejszyć ogień, dodać mleko i podgrzewać napój jeszcze kilka minut.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Jeżeli uznamy herbatę za zbyt intensywną możemy oczywiście dodać więcej wody lub mleka, można dodać również łyżeczkę kakao i stworzyć Mocca Chai lub też schłodzić napój i podawać go z kostkami lodu i cytryną (w wariancie – bez mleka).


Ja moje mieszanki wsypałam do słoiczków, zaopatrzyłam w instrukję przygotowania i zostawiłam pod choinką, mam nadzieję, że będą miłą niespodzianką!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  • Indyjska herbata Chai Masala http://www.arkadia-polania.pl/herbata-chai-masala.php [dostęp: 2014-12-23],
  • Reklamy

    W gąszczu zdrowego trybu życia

    Ostatnio zewsząd jesteśmy bombardowani informacjami o zdrowym trybie życia, artykułami o szkodliwości glutenu, kampaniami promującymi regularne bieganie i coraz większą ilością produktów bio, organicznych lub dla alergików. W tym natłoku można poczuć się zdezorientowanym nie wiedząc, co właściwie jest dla nas zdrowe i właściwe.

    Moje zainteresowanie zdrowym trybem życie przyszło, jak to zazwyczaj bywa, gdy coś zaczęło szwankować. Dotychczas wydawało mi się, ze odżywiam się właściwie, nadmiar słodyczy, skoro nie tyję, jest tylko małym grzeszkiem, późne chodzenie spać jest czymś zupełnie normalnym w dzisiejszych czasach a problemy z koncentracja i pamięcią są objawami zmęczenia. Zmęczenia, które mimo urlopu nie przechodziło.

    Później zaczęły się większe problemy, o których jednak nie będę pisać. Historia minionych miesięcy (!!!) skłoniła mnie do zastanowienia się nad moją dietą, trybem życia i nastawieniem. Zaczęłam po omacku, nie mając pojęcia czym może być spowodowane moje wtedy już bardzo złe samopoczucie. Na szczęście dość szybko natrafiłam na fachowe źródła traktujące o tematyce zdrowotnej. Zaczęłam zmieniać swoje nawyki, mimo iż znalezione przeze mnie informacje podważały moja dotychczasowa wyniesiona ze szkoły wiedzę – m.in. piramidę zdrowego żywienia. Okazało się, że nowa dieta, a raczej nowy sposób żywienia, nie jest czymś tak restrykcyjnym jak mi się wydawało – po ponownym odkryciu starych przepisów stała się bardziej powrotem do źródeł. W moim przypadku w pełnym odzyskaniu zdrowia pomaga również indywidualnie dobrana suplementacja.

    OLYMPUS DIGITAL CAMERASłodkie muffinki bez grama mąki i cukru (tudzież słodzików)

    Wracając do tematu przewodniego – tzw. zdrowego trybu życia. Środowisko, w którym żyjemy, jest coraz bardziej zanieczyszczone, żywność coraz bardziej przetworzona, kosmetyki zawierają bardzo agresywne składniki, przebywamy wiele godzin w klimatyzowanych pomieszczeniach pracując przy sztucznym oświetleniu. Idąc dalej – mamy coraz mniej ruchu, większość dnia spędzamy w jednej pozycji, jesteśmy narażeni na permanentny stres. Ubrania które nosimy są zazwyczaj ze sztucznych, nieprzyjaznych skórze materiałów a nasze ocieplone styropianem domy zamieniają się w termosy.

    Nigdy wcześniej człowiek nie był narażony na tyle szkodliwych czynników i nigdy nie był aż tak pozbawiony instynktu samozachowawczego. Wiemy, że coś jest dla nas szkodliwe, lecz tłumaczymy sobie, ze ‘to tylko troszeczkę’, bądź że właściwie wszystko jest niezdrowe lub beztrosko stwierdzamy, że ‘na coś trzeba umrzeć’.

    Daleka jestem od ekstremalnych zachowań typu pełen powrót do życia w naturze, bowiem doceniam osiągnięcia naszej cywilizacji oraz udogodnienia jakie dzięki nim mamy. Zrozumiałam jednak, że nie możemy bezkrytycznie podchodzić do serwowanego nam na każdym kroku nadmiaru. Wielkie koncerny nastawione są na zyski i każdy produkt sprzedadzą nam jako fit, light, prozdrowotny lub nowoczesny i innowacyjny. To od nas zależy, czy będziemy świadomi naszych potrzeb i wyborów, czy też będziemy się zadowalać powszechnie dostępnymi gotowcami, niekoniecznie dla nas dobrymi.

    Żadna z nas nie jest wykwalifikowana na tyle, aby udzielać profesjonalnych porad zdrowotnych, jednak łączy nas podobne podejście do stylu życia, chęć zmian oraz ciekawość w odkrywaniu nowych rozwiązań. A poza tym duża (może zbyt duża:) ilość czasu spędzanego w sieci na poszukiwaniach tej właściwej drogi. A blog jest świetnym miejscem na podzielenie się naszymi znaleziskami.

    Zimowa zielona herbata paleo

    Eksperymentowałam z kawą, teraz przyszedł czas na zieloną herbatę:) Wiecie, zimno, ciemno, sennie… A jeszcze nie chcemy kłaść się spać pod kołderkę, bo przecież dopiero przed chwilą wróciliśmy z pracy. Dlatego chciałabym zaprezentować Wam moją zimową wersję herbatki at five o’clock – tylko zamiast Earl Grey zaparzmy zieloną (najlepiej Senchę liściastą), a dwie kostki cukru zamieńmy na dwie łyżeczki miodu leśnego (lub wielokwiatowego, co kto lubi:) ). Wkrojmy 3 soczyste plasterki świeżego imbiru (skórkę obieramy łyżeczką) i zaparzmy to wszystko gorącą wodą, która jednak już przestała być wrzątkiem. I kiedy tak napar nam przyjemnie paruje, dodajmy łyżeczkę… prawdziwego masła! Niweluje ono pewną cierpkość zielonej herbaty i dodaje delikatnego, aksamitnego posmaku, przy czym idealnie komponuje się z miodem i nutami imbiru. Tu przyznam, że zainspirowałam się zupełnie inną recepturą – w dalekim Tybecie tradycyjnie pija się herbatę z dodatkiem masła z mleka jaków i soli, która rozgrzewa i dodaje energii (1). Coś jednak mi podpowiada, że taki słony napój nie przeszedłby mi tak łatwo przez gardło;) Co innego imbir i miód, mmm… Spróbowalibyście? 😉

    Herbata z masłem

    Zielona herbata z masłem, imbirem i miodem leśnym

    Zimowa zielona herbata paleo

    1. 1 czubata łyżeczka zielonej herbaty (ew. 1 torebka)
    2. 1-2 łyżeczki miodu leśnego (lub innego łagodnego)
    3. ok. 2-3 plasterki świeżego imbiru
    4. 1 łyżeczka masła min.82%

    Składniki mieszamy w kubku, zalewając wcześniej zagotowaną, bardzo gorącą (ale już nie wrzącą) wodą. Aby uniknąć rozbieganych fusów, używam zaparzaczki do herbaty – ja używam stalowej kulki, mniej więcej takiej (chyba w każdym markecie można taką dostać):

    Zaparzacz do herbatyPs. szukając zdjęcia do zobrazowania tego, co mam na myśli, znalazłam też takie cudeńko (za którego przyjemność posiadania trzeba jednak zapłacić 20$ plus koszty przesyłki;)…(2) Na szczęście wyznaję zasadę, że nie wszystko, co się podoba, trzeba kupować, więc po nasyceniu wzroku pięknym domkiem, wracam do swojej całkiem funkcjonalnej „kulki” ;)):

    zaparzacz-do-herbaty-w-ksztalcie-tardis-z-doctor-who-2186

    Zaparzacz do herbaty w kształcie Tardis z Doctor Who (http://www.thinkgeek.com/product/15eb/)


    Źródła:

    1. Tybetańska herbata. Beata Pawlikowska | http://beatapawlikowska.com/diary,text,2983.html [dostęp: 2014-12-15],
    2. Doctor Who TARDIS Tea Infuser|http://www.thinkgeek.com/product/15eb/

    Parę słów o jadłodalnianych kolorach

    Wychodząc czasami z chłopakiem do różnego rodzaju wrocławskich jadłodalni, zwykle zaraz po menu studiuję atmosferę miejsca. Początkowo bezwiednie, wtem stopniowo (czekając na realizację zamówienia) zaczynam coraz bardziej świadomie zauważać co jest i rozmyślać o tym, co mogłoby się tam znajdować, by w tym otoczeniu smaczniej i przyjemniej zjeść długo oczekiwany posiłek. W przypadku takich pomieszczeń, generalnie skłaniam się ku zasadzie, że wnętrze nie powinno przytłaczać, a stanowić w miarę możliwości neutralną bazę dla kulinarnych wyczynów (choć tutaj dobre wyczucie kolorów i odważniejszych dodatków potrafi zdziałać spektakularny efekt – o mocnych kolorach jeszcze napiszę). Przy wystroju wnętrz jadalnianych ważną rolę gra również temperatura koloru. Ciepłe barwy wpływają dobrze na apetyt, chłodne mogą w skrajnych przypadkach go nawet odebrać (są prace naukowe dotykające tematu,np.: http://personal.stevens.edu/~rchen/creativity/impact%20of%20color%20on%20marketing.pdf pp.785 „colors and restaurants”, pp.788 „references”). Tak na marginesie, dlatego w architekturze wnętrz tak często łamie się zimne barwy ciepłymi i na odwrót (chociażby popularne połączenie niebieskiego z brązowym) – takie połączenia na zasadzie kontrastu temperaturowego przeciwdziałają monotonii we wnętrzu, a ich oddziaływanie kolorystyczne zostaje zobojętnione (choćby częściowo, w zależności od proporcji łączenia). Tak więc, jeśli jecie za dużo, może nie zaszkodzi – oprócz niezłomnej woli, zbilansowanych posiłków i suplementowania brakujących składników w menu – wypróbować błękitną zastawę? 😉

    Zastawa stolowa Marine, Home&You.

    Zastawa stolowa Marine, Home&You (http://home-you.com/pl)

    Kuchnia Oyster Decorativo

    Łamanie kolorów. Kuchnia Veneta Cucine Oyster Decorativo (http://www.venetacucine.com)

    Na koniec pozwolę sobie na parę luźnych myśli dotyczących topowego od lat wystroju wrocławskich polskich restauracji, czyli stylu „graciarnianego”. Obowiązkowo meble każde z innej parafii, ściany zamalowane na ciemne, ziemne barwy, wnętrze zdające się mówić „jesteśmy swojscy, fajni, przytulni, ciemny tynk jest dobry, utrzymuje się od 10 lat i brudu nie widać, ludzie przychodzą tu dla niedrogiego jedzenia, dzięki stylistyce nie potrzeba częstych remontów, choć toalety trochę straszą, ale klienci nie zapłacą dużo, więc wyjdą i zapomną”. Niestety, w większości takich miejsc mam wrażenie, że stało się to sztampą, niedrogą i łatwą do utrzymania. Ciemno, staro nie zawsze automatycznie równa się klimatycznie. Wnętrze potrafi przyciągnąć klienta, jak i go odrzucać, ale argument finansowy często nie daje innego wyboru. Chyba, że pojawia się pomysł. Na blogu postaram się od czasu do czasu przybliżyć projekty, które chwyciły za moje serce:)


    Źródła :

    1. Satyendra Singh, (2006) „Impact of color on marketing”, Management Decision, Vol. 44 Iss: 6, pp.783-789
    2. http://www.mydiet.pl/naujiena/10-faktow-o-tym-jak-kolory-wplywaja-na-nasz-apetyt [dostęp: 08.12.2014]
    3. Veneta Cucine,http://www.venetacucine.com/ita/cucine/essence/oyster-decorativo.php [dostęp: 09.12.2014]
    4. Zastawa stolowa Marine, Home&You, http://home-you.com/pl/kuchnia-zastawa-stolowa/118991129-zastawa-stolowa-marine.html [dostęp: 09.12.2014]

    Mój pierwszy bezglutenowy chlebek

    Postanowiłam upiec własny chleb. To podwójny debiut, bo nigdy w życiu nie piekłam żadnego chleba, a jeśli chodzi o ciasta, można powiedzieć, że zaliczyłam już wtórny analfabetyzm w tej dziedzinie. Obserwując od jakiegoś czasu przepisy pojawiające się na facebookowej grupie „Bezglutenki”, wybrałam jeden, który skusił mnie swoją prostotą i obietnicą łatwego uzyskania efektu. W końcu przecież o to chodziło, żeby się szybko nie zrazić poziomem skomplikowania czynności technicznych (namiary do oryginalnego przepisu, na którym się wzorowałam, mogę podać na żądanie). Ostatecznie, tą pierwszą próbą się jednak nie pochwalę:) Zbyt dużo wody sprawiło, że ciasto nawet nie zmieniło konsystencji z płynnej i po godzinie w gorącym piekarniku tylko bulgotało złowieszczo… Dlatego szybko zmodyfikowałam przepis i w drugim podejściu zastosowałam mniej więcej takie ingrediencje i proporcje:

    Przepis na bezglutenowy chlebek gryczany

    1. szklanka mąki gryczanej
    2. 1/3 szklanki mąki kukurydzianej
    3. 1/4 szklanki mąki ryżowej
    4. 1/4 szklanki mielonego lnu
    5. szczypta soli
    6. szczypta cukru trzcinowego
    7. paczka drożdży instant
    8. 1/4 szklanki ziaren (słonecznik, pestki z dyni)+opcjonalnie duża łyżka sparzonych rodzynek
    9. 2 szklanki ciepłej wody
    przed wymieszaniem

    przed wymieszaniem

    Najpierw wsypałam suche składniki (prócz ziaren/rodzynek) do dużej głębokiej miski i wymieszałam je ze sobą. Następnie dodałam dwie szklanki ciepłej wody. Aby podczas mieszania nie tworzyły się grudki użyłam blendera. W trakcie miksowania sprawdzałam konsystencję i gdy trzeba było, dosypywałam odrobinę mąki gryczanej i kukurydzianej – dążyłam do uzyskania efektu puszystego ciasta na racuchy lub bardzo gęstej śmietany.  Na tym etapie dodałam również ziarna i rodzynki (w zasadzie można dodać to, co kto lubi w chlebku – następnym razem spróbuję ze śliwkami;) ). Kolejnym krokiem było odstawienie masy w ciepłe miejsce na 20 minut. Ja przykryłam miskę dodatkowo czystą bawełnianą ściereczką (kontynuując tradycje wyniesione z domu rodzinnego, żeby utrzymać cieplejszą temperaturę ciasta). W międzyczasie przygotowałam foremkę (24cm/10cm, ja używam silikonowej, lekko natłuszczonej), do której po czasie przełożyłam/przelałam ciasto. Chlebek piekłam w 200 st.C przez 55 min. Po zakończeniu pieczenia przez chwilę pozostawiłam wypiek w ciepłej atmosferze piekarnika, którego uchyliłam, żeby zmiana temperatury nastąpiła stopniowo, a chlebek zachował kształt i puszystość.

    po upieczeniu

    po upieczeniu

    Sam chlebek wyrósł i wyglądał smakowicie:) Ponieważ piekłam ciasto późnym wieczorem, spróbowałam efektów następnego dnia rano. Wypiek przez noc nieco opadł, stał się podobny w strukturze do chleba żytniego. Dzięki dodatkowi zmielonego siemienia lnianego zyskał spoistość, nie kruszy się i trzyma formę po pokrojeniu na kromki (wręcz następnym razem dodam mniej siemienia, bo w smaku był mocno wyczuwalny). Po tym eksperymencie z pewnością chlebki własnej roboty na stałe zagoszczą u mnie w domu – jako ciekawsza i mniej przetworzona alternatywa dla kupnego pieczywa, w którym (szczególnie w produktach bezglutenowych) bywa i pełno chemicznych dodatków poprawiających jego właściwości. Na zdrowie 🙂

    Kawa (zielona) na ławę :)

    Uwielbiam niespodzianki:) Nawet takie drobne, jak wyjazd do Factory z chłopakiem w celu poprawienia humoru. Bo w takim nieoczywistym miejscu nabyłam zieloną … kawę:) Na spróbowanie. Pani ze stoiska zachwalała, że ma ona właściwości odchudzające i oczyszczające… A więc kupiłam, bo próbowania nowości nigdy dość. I to od razu dwie paczuszki! (jak się okaże, ze jest dobra, to będzie na prezent!:P )

    Nie dowiedziałam się, czy ta kawa pobudza, czy nie, więc z degustacją poczekałam do następnego ranka. Pierwsze zdziwienie – wygląd! Kawa zielona w stanie sypkim jest koloru piasku i przypomina len mielony:) Kupiłam kawę już gotową do zaparzania – przez to, że ziarenka są surowe i bardzo twarde, mogłyby zniszczyć zwyczajny domowy młynek. Brak prażenia sprawia, że próżno szukać charakterystycznego kawowego aromatu. Po paru minutach zaparzania napar pozostaje transparentny, delikatnie zielony. Smakuje osobliwie – jak połączenie zielonej herbaty z delikatną, wodnistą kawą – jednak po paru chwilach bardzo mi przypadł do gustu. Tym bardziej, że zalety tego napoju nie kończą się jedynie na smaku – jak wspominałam, chodzi tu też o odchudzanie:)

    Nieprażone ziarna kawy. Zdjęcie: Michael Allen Smith / I Need Coffee

    Źródłem „magicznych” właściwości zielonych ziarenek jest przede wszystkim kwas chlorogenowy (ACG), silny antyoksydant, który w połączeniu z kofeiną wpływa na obniżenie zdolności wchłaniania cukru przez organizm. ACG wykazuje również lekkie właściwości bakteriobójcze. Substancję tą znaleźć możemy w bogatych ilościach również w zielonych liściach karczochu, pokrzywy czy głogu oraz w… suszonych śliwkach, które również dodatkowo poprawiają perystaltykę jelit.

    Dowody?

    Podczas badań przeprowadzonych przez amerykańskiego chemika z Uniwersytetu z Scranton w Pensylwanii, Joe Vinsona, 16. ochotnikom przez 22 tygodnie podawano codziennie 1050 mg ekstraktu z nieprażonych ziaren kawy. Byli to mężczyźni i kobiety z lekką nadwagą, w wieku między 20 a 30 lat. Podczas trwania programu, każdy uczestnik wykonywał codziennie urozmaicone ćwiczenia fizyczne, wszyscy byli również monitorowani pod kątem reakcji organizmu na zmiany w diecie i w stylu życia. Pod koniec eksperymentu okazało się, że średnio każdy z uczestników zgubił 10,5 proc. wagi początkowej, co przekładało się na średnio 8 kg mniej. Brzmi zachęcająco prawda? Jednak za sukces odpowiadały: dieta – ćwiczenia – zielona kawa. Nie wiadomo przecież, jak proces chudnięcia wyglądałby bez ćwiczeń… Po drugie, 16 osób to wciąż zbyt mała próbka dla badacza, żeby wyciągać jakieś niepodważalne wnioski.

    Tak czy inaczej, chyba skuszę się na przeprowadzenie małego własnego eksperymentu ze smacznym naparem w kubku 😉 Na marginesie dodam, że są również dostępne suplementy diety z ekstraktem z ziaren zielonej kawy, więc jak komuś nie podpasuje smak, a chce sprawdzić działanie kwasu chlorogenowego, to są jeszcze opcje. Przyznaję bez bicia, że sama nie sprawdzałam – sceptycznie podchodzę do wszelkiego rodzaju stworzonych w laboratorium środków odchudzających, ale nie twierdzę, że to jedyne słuszne stanowisko – i po prostu zawsze daję pierwszeństwo metodom naturalnym. Za jakiś czas dam znać, czy działa 😉


    Źródła :

    1. Nieprażone ziarna kawy. autor: Michael Allen Smith | http://ineedcoffee.com/the-quick-economics-of-home-roasting-coffee/ [dostęp: 2014-06-06],